Stanisław Ścibor-Marchocki
08-111 Krzesk Królowa Niwa
Krzesk Majątek

Mam mówić o dziejach Ziemian na Podlasiu w latach 1939-2000 na przykładzie historii rodziny.

Do tego tematu potrzebne jest z mojej strony krótkie wprowadzenie. Ród Ściborów wywodzi się z Wielkopolski, a nazwisko przyjęła jedna gałąź od majątku Marchocice w Krakowskim. Jeszcze Mikołaj - rotmistrz pod hetmanem Żółkiewskim w swych pamiętnikach z wojny moskiewskiej pisał się „Ścibor z Marchocic Marchocki”. W XVIII wieku Marchoccy mieli majątki m.in. na Podolu koło Kamieńca i na Pomorzu. Z linii podolskiej po Ignacym /1750- 1827/ rozległe dobra odziedziczył jedyny syn Karol - mój Pradziad, który za powstanie Listopadowe został pozbawiony majątków i zesłany na 15 lat do Tobolska. Po odbyciu kary osiedlił się pod Odessą. Tam urodził się mój Dziadek - Juliusz, który z ławy szkolnej poszedł w sołdaty. Pod Odessą urodził się też mój Ojciec - Julian. Obaj służąc w Dywizji gen. Żeligowskiego wrócili do Polski.

Pod koniec XVIII wieku, w związku z pierwszym zaborem kasztelan Żarnowiecki płk. Aleksander Ścibor-Marchocki przeniósł się z Pomorza na Podlasie. Jego syn Ksawery Krzysztof ożenił się z Anną Pieńkowską h. Suchekomnaty obejmując z nią majątek Kudelczyn. Ich syn Klemens Joachim w 1852 roku sprzedał Kudelczyn i kupił od spadkobierczyni zmarłych braci Niemirów majątek Krzesk. Następnie dziedziczył Krzesk ich syn Michał Jan ożeniony z Marią Prawdzic-Sokołowską, a po nich ich dzieci Zygmunt-Klemens i Janina. Janina zmarła w 1938 roku. Zygmunt - Kawaler Maltański i Szambelan Papieski był kawalerem. Był inicjatorem i głównym fundatorem kościoła w Krzesku. Znanym był z działalności filantropijnej. We wrześniu 1939 roku dwór w Krzesku był pełen uciekinierów. Pan Edmund Skarżyński - właściciel majątku w Rybienku koło Wyszkowa, uchodząc z rodziną przed frontem, dotarł do Krzeska i tak opisał go w swych wspomnieniach spisanych w 1940 roku: „około godziny 6 rano dojeżdżam do Krzeska. Spotykam tam znajomych - Pawła Okęckiego z żoną, którzy z paroma inżynierami z Warszawy przywędrowali tu pieszo. Ale spokojnie tu i przyjemnie - fotele w ogrodzie i na werandzie. Dom stary meblami ładnymi zastawiony, ludzie czyści, wymyci i wygoleni zdają się mi po czwartym dniu wędrówki i koczowania, pochodzić i innej planety. Obawy ich co do bomb wydają mi się śmieszne. Tak tu cicho i dobrze po panice i ruchu szos oraz przydrożnych zaludnionych lasów. Gospodarz przyjmuje nas gościnnie i szykować każe pokoje w oficynie. Jest tu p. Dzieduszycka z Porytego, p. Sokołowski z Czyżewa, rezydenci panowie Grabowscy z siostrą i parę osób - przygodnych uciekinierów. Odmawiamy cząstkę różańca na intencję Polski i naszych bliskich przed przepiękną figurą Matki Boskiej w parku, który jest przepięknie utrzymany i urządzony. Świerki strzyżone w chińskie parasole i

- 2 -

całe kilometry szpalerów grabowych. Po kolacji jako tako pomieściliśmy się w oficynie i kładziemy się spać. Konie stoją w stodole, jest siano i owies i nocleg pod dachem dzięki Bogu”. W Krzesku państwo Skarżyńscy przebywali kilka dni.

Jaki taki spokój trwał w Krzesku do wejścia sowietów, którzy zgodnie z umową Ribbentrop-Mołotow szli na zachód. We wsi w Krzesku Nowym była jaczejka komunistyczna i przywódca jej naprowadził NKWD na Zygmunta. NKWD-iści wpadli do dworu, zrobili rewizje szukając broni i przy okazji rabując, po czym zabrali Zygmunta do samochodu i odjechali. Odjechał z nimi też ów komunista, który wydał Zygmunta, obładowanym zrabowanymi rzeczami wozem, ale daleko nie zajechał - przed Bugiem sowieci odebrali mu konie z rabunkiem i przepędzili. Ostatni ślad po Zygmuncie to lista z obozu w Kozielsku, na której figuruje „Zygmunt Marchocki s. Michała i Marii”. Zygmunt nigdy nie służył w wojsku i poza tym, gdy go nagle zabierali z dworu napewno nie miał przy sobie żadnych dokumentów, więc nawet gdyby zginął w Katyniu byłby najwyżej NN.

Ojciec mój po zdemobilizowaniu w 1921 roku i ukończeniu studiów rolniczych pracował w latach trzydziestych jako plenipotent hr. Janiny Zółtowskiej. Hr. Adam Żółtowski był profesorem filozofii na uniwersytecie Poznańskim i państwo Zółtowscy większość roku spędzali w Poznaniu, a latem mieszkali w Bolcienikach koło Solecznik. Natomiast myśmy mieszkali w Koreliczach pod Nowogródkiem. Ojciec mój utrzymywał bliskie kontakty z Zygmuntem i ponoć na radzie familijnej ustalono, że ja miałem dziedziczyć po Zygmuncie, bo bliższych krewnych tam nie było. No ale przyszła wojna i wszystko zmieniła. Wychowałem się w Nowogródzkim i stąd mogę jedynie dla przykładu podać swoje przeżycia i spostrzeżenia z omawianych lat. Ponieważ jednak duża część Podlasia na mocy umowy Ribbentrop-Mołotow weszła w skład okupacji sowieckiej wiec przeżycia Ziemian tej części Podlasia były jednakie z naszymi z Nowogródczyzny.

Wiosną 1939 roku ukończyłem pierwszą klasę gimnazjum OO Jezuitów w Wilnie. Ojciec mój został w sierpniu zmobilizowany i po wkroczeniu sowietów przeszedł z wojskiem na Litwę i po ucieczce z obozu internowania, przez Łotwę i Szwecję przedostał się do wojska we Francji. Przed odjazdem do wojska wydał polecenie wydania ordynarii i wypłacenia pensji pracownikom majątków należnych do końca roku.

W chwili wkroczenia sowietów było nas we dworze w Koreliczach pięcioro: moja matka, Babcia Wanda Hulewiczowa, starsza ode mnie o dwa lata Siostra, rezydentka - dawna gospodyni Dziadków - Zofia Butrym i ja, oraz gromada uciekinierów z zachodniej Polski. Po wejściu sowietów, kilka dni mieszkaliśmy we dworze nachodzeni masowo przez krasnoarmiejców i NKWD. Na podwórzu zrobili NKWD-iści zebranie pracowników majątku i między innymi zapytali wprost dlaczego jeszcze nie zarżnęli grafini. Po kilku dniach niepewności wyrzucili nas ze dworu nie dając prawie nic zabrać i przenieśli do izby w czworakach.

- 3 -

Specjalnie wybierali najbrudniejszą. Tymczasem nim nas tam przewieźli, kobiety wyszorowały i wybieliły tą izbę. Pracownicy majątku ratowali nas jak mogli. Gdy nas wyrzucali, pracownicy rzucili się do rabunku i co mogli z dworu wynieśli, a wieczorem wszystko odnieśli do nas. Sowieci kazali mojej matce iść do pracy i doju w dworskiej oborze, na co pracownicy nie zgodzili się. Gdy chcieliśmy przenieść się do Nowogródka, sowieci nie dali nam koni na przejazd i znów pracownicy złożyli się i za własne zboże wynajęli w miasteczku dwie furmanki i odwiedli nas do miasta. Późną jesienią przywieźli nam ziemniaki i warzywa z własnych ogrodów.

W Nowogródku skupili się wszyscy Ziemianie i oficjaliści z terenu, którzy nie zdążyli uciec przed sowietami i ocaleli, bo dużo było wypadków wymordowania Ziemian lub na­tych­mias­to­we­go aresztowania. Część inteligencji polskiej zimą 1939/40 uciekła na teren zajęty przez Niemców i niektórym to się udało ale kogo złapali w pobliżu granicy szedł do łagru. Pozostałych prawie wszystkich objęły wywozy. W lutym 1940 roku osadników wojskowych i służbę leśną całymi rodzinami wywieźli w okolice Archangielska. W kwietniu i maju 1940 r. wywieźli do Kazachstanu rodziny uciekinierów z zachodniej Polski i część miejscowej inteligencji, w tym Ziemian - rodziny wcześniej poaresztowanych. Natomiast 20 czerwca 1941 roku rozpoczął się, niedokończony z powodu wybuchu wojny, wywóz mający do czysta wygarnąć wszystko co polskie lub z Polską związane. wtedy wywożonych zawieźli na Syberię.

­

Muszę zaznaczyć, że nim zostaliśmy wywiezieni, władze sowieckie „umilały” nam życie w przeróżny sposób. Co trzy miesiące trzeba było stawić się w rejonowym NKWD i wyrabiać nowy paszport, do którego trzeba było od nowa dostarczać przeróżne zaświadczenia i dokumenty, których nie zwracali i przechodzić śledztwo. Matka moja nie mogła nigdzie dostać pracy, aż wkońcu z łaski kierownika rejonowego ambulatorium - Żyda z Korelicz została w tym ambulatorium sprzątaczką. Wiosną 1941 roku nastąpiły masowe aresztowania młodzieży gimnazjalnej. W kwietniu aresztowano moją Siostrę, która wówczas miała 17 lat. Przyjechało po nią dwóch oficerów NKWD i siedmiu żołnierzy z rkm-em. Aresztowań tych dokonywał „osobyj otdzieł wojennego NKWD”. Później okazało się, że wszystkich wtedy aresztowanych przewozili odrazu do więzienia w Mińsku.

­

Różne były losy wywiezionych i trafiali w skrajnie różne środowiska. Nasz transport z Nowogródka, ładowany w Nowojelni, dołączony w Baranowiczach do tamtejszego, liczący ok. 80 wagonów bydlęcych, dojechał do Aczyńska w Krasnojarskim Kraju 4 lipca i wyładowali nas w przejściowym łagrze. Po nas przyszedł podobny z Białegostoku i na koniec takiż z Suwałk. W krótkim czasie potem dojechał eszelon z Łotwy. Nasz transport i białostocki pomieściły się w barakach, a reszta koczowała na dworze.

­

Jak mylne krążą w oficjalnych danych cyfry wywiezionych niech świadczy fakt, że w/g danych rosyjskich przekazanych Polsce i ogłoszonych m.in. w „Karcie”, podają ok. 350 tysięcy. Wykazy te obejmują daty wywozu i stacje załadowania

- 4 -

i roz­ła­do­wa­nia, liczbę osób w transporcie, a nawet konwojujący oddział i jego dowódcę. Tymczasem w tym zestawieniu nie ma wogóle podanych naszych trzech transportów roz­ła­do­wa­nych 4-6 lipca w Aczyńsku. Licząc tylko ok. 30 osób w wagonie, a było i więcej, to w transporcie 80-o wagonowym było ok. 2400. No, a ile takich zapomnianych transportów było?

W transportach naszych składających się z kobiet i dzieci, bo „głowy rodzin” jeśli nie były aresztowane wcześniej, zabierali do więzienia w chwili wywozu, tak, że nawet gdzie była wdowa to brali ją jako „głowę rodziny”, a dzieci jechały same, był cały przekrój społeczeństwa. Były rodziny ziemiańskie i inni przedstawiciele inteligencji obok nawet małorolnych rodzin chłopskich, a poza tym pewna ilość rodzin bogatych kupców żydowskich. Jeśli chodzi o nałożone na wywiezionych karne lata zsyłki też było różnie. Nasze transporty rozładowane w Aczyńsku dostały po równi po dwadzieścia lat zsyłki i tyłeż pozbawienia praw. Nawet dzieci urodzone w transporcie miały ten wyrok. Naczalnik NKWD w mowie do nas powiedział: „wy swajoj Polszy wże nie uwidzicie, zdieś podochniecie”.

Po kilku dniach rozwieźli nas do pracy na „lesopiłki” czyli do wyrębu lasu i do kołchozów. Zapowiedzieli nam, że nie wolno nam odmówić żadnej pracy ani oddalać się bez pozwolenia nawet na kilka godzin. Przekroczenie tych przepisów groziło zamknięciem w łagrze.

Nie dużo zmieniło się po t.zw. amnestii spowodowanej umową Sikorski-Majski. Mogliśmy się jedynie przenieść z kołchozu do rejonowego osiedla, gdzie przy pracy w przedsiębiorstwie państwowym dostawało się przydział chleba.

Pracowałem jako robotnik „czorno roboczyj” w MTS /odpowiednik naszych późniejszych POM-ów/. Pensji starczało na wykupienie przydziałowego chleba, soli i zapałek. Chleb był gliniasty, pieczony w blaszanych formach, sól wyglądała jak żużel - przywozili ją na odkrytych wagonach luzem z morza Kaspijskiego, zbierając ją tam z osuszonych zalewów, a zapałki były na wagę. Miejscowi Sybiracy mieli ogrody 15 arów na rodzinę i żyli z tych ogrodów. Myśmy ogrodów nie mieli. Póki było co mienialiśmy rzeczy na żywność, lecz na wiosnę już nie było chętnych do wymiany, bo Sybiracy sami nie mieli co jeść. Ilość rzeczy do wymiany u poszczególnych rodzin była uzależniona od tego jaka trójka partyjna trafiła przy wywozie. Były wypadki, gdzie ci ludzie sami pomagali pakować rzeczy wywożonym, ale w większości nie dawali się pakować. Dla przykładna u nas mieszkaliśmy z matką w jednym małym pokoju z używalnością kuchni. O północy wojsko otoczyło dom, a trójka partyjna w składzie: Żydówka moskiewska, miejscowy Żyd i lejtnant z armii czerwonej, weszła do pokoju. Do 7 rano robili rewizję zrzucając pościel i wszystkie rzeczy i książki na kupę na środek pokoju, a myśmy musieli siedzieć pod ścianą. Potem przez krótki czas oficer pisał protokół rewizji, a myśmy musieli się pakować z tym, że co brało się do rąk to Zydówka wyrywała z wrzaskiem „etowo nie lzia” /tego nie wolno/. Nawet worka z mąką trzymanego na wypadek wywozu nie dała zabrać. Z tego powodu mieliśmy mało rzeczy do wymiany. Na domiar Łotyszki robiły nam konkurencje, bo miały

- 5 -

bardziej chodliwe /kolorowe/ rzeczy i oddawały je za bezcen aby tylko dostać żywność. Zgubiło ich to, bo szybko wyprzedały się i potem jak muchy marły z głodu. Gdy jesienią 1943 roku odjeżdżałem do wojska to żyło ich tylko jeszcze trzy rodziny.

Nam trochę pomocy w 1942 roku udzielił Delegat Ambasady Polskiej w Krasnojarsku. Dostaliśmy trochę żywności i odzieży z Czerwonego Krzyża, ale głodno było cały czas, a najgorzej wiosną nim nie odrosła pokrzywa i czeremsza. Mnie ratowało to, że od dziecka lubiłem uczyć się wszelkiego, dostępnego na wsi rzemiosła i podejmowałem się tam różnych robót, a ponieważ zupełnie brakło rzemieślników, którzy poszli do wojska, więc miałem powodzenie jako zdun, ślusarz, cieśla, stolarz itp. Zawsze za naprawę pieca czy komina, zalutowanie garnka czy inną robotę dostawałem trochę ziemniaków, mleka czy coś innego do jedzenia. Też i w pracy lżej było robić tapczany dla traktorzystek czy drewniane części do kombajnów lub stawiać drewniane budynki niż piłować drzewo w tajdze.

W początku 1943 roku zwołali wszystkich Polaków do rejonowego NKWD i odebrano nam polskie paszporty wydane przez Delegaturę Ambasady Polskiej. Nikt nie chciał iść pierwszy i poszliśmy pierwsi z Matką. Nie chcieliśmy oddać paszportów. Mój NKWD-ista podarł mój paszport wyrywając mi go z ręki. Oboje nas wsadzili do aresztu. Przesiedzieliśmy w nim trzy dni bez jedzenia i picia, zgryzieni przez roje pluskiew. Po trzech dniach puścili do nas naszą Męża zaufania w rejonie, która powiedziała nam, że Delegat w Krasnojarsku jest aresztowany, a Ambasada Polska wyjechała i nie ma się co upierać, bo zginiemy w łagrze i nikt się o nas nie upomni.

Wcześniej nie puścili od nas nikogo do wojska gen. Andersa, a wiosną 1943 r. zaczęli mobilizować Polaków do armii Berlinga. Mój rocznik brali jesienią. Leżałem wtedy w szpitalu z ciężkim zapaleniem płuc i do szpitala dostałem wezwanie do stawienia się w RajWojenKomacie. Jechaliśmy z Krasnojarska dwadzieścia dziewcząt i trzech mężczyzn. W Pietropawłowsku dołączyło do nas kilkudziesięciu chłopców z Siewierekazachstańskiej obłasti. Przeleżeliśmy prawie tydzień na „wagzale” /w hali dworcowej/ na betonie. Choroba mi się odnowiła i ledwo mogłem chodzić. W końcu Wojennyj Naczalnik stacji załadował nas wszystkich Polaków do pociągu sanitarnego jadącego pod front po rannych. Dojechaliśmy nim do Penzy. Lekarz - komendant pociągu zbadał mnie i dał mi lekarstwa. Z Penzy różnymi pociągami przez Riazań dojechaliśmy do Dziwowa, a dalej pieszo doszliśmy do obozu w Sielcach za Oką. Gdy stawałem na komisji lekarskiej miałem 39 stopni gorączki, ale dali mi kategorię „strajewoj” i odesłano do kwarantanny. Była to duża ziemianka z pryczami z żerdek sosnowych bez słomy i z dwoma piecami z beczek po benzynie. Początkowo było nas dwudziestu, a potem stale przybywało. Cały czas siedzieliśmy wokół pieców, bo dalej było mroźno, a nie mieliśmy koców. Stale też byliśmy głodni, bo jeść dawano nam po nakarmieniu batalionu z popłukanych kotłów. Ale jakoś gorączka mi

- 6 -

przeszła i wróciło zdrowie. Wzięli mnie do szkoły podoficerskiej, najpierw pułkowej, a gdy z zapasowego pułku zaczęto formować III Dywizję, to nasza kompania szkolna przekształcona została w batalion szkoły podoficerskiej. Ukończyłem ją w marcu 1944 roku w stopniu plutonowego i zostałem przeniesiony do 8 pułku piechoty, do 2 kompanii rusznic prze­ciw­pan­cer­nych na stanowisko zastępcy d-cy plutonu. W kompanii tej prawie wszyscy żołnierze byli z armii niemieckiej - Ślązacy i Pomorzacy, a tylko większość podoficerów była z Syberii. Gdy przerzucali naszą dywizję na Wołyń, odkomenderowali mnie z pół plutonem rusznic na przeciwlotniczą ochronę sztabu dywizji. Po rozładunku w Kiwercach dołączyliśmy do kompanii.

Naszej dywizji nie wyposażyli nawet w połowę stanu etatowego koni. Działka ppanc miały tylko po dwa konie, a kompanie rusznic, zamiast furgonu parokonnego na pluton, nie miały ich wcale i rusznice i amunicję do nich musieliśmy nieść. To samo było z kompaniami moździerzy 82 mm i ckm-ów. Gdy ruszyła ofenzywa radziliśmy sobie w ten sposób, że zabieraliśmy na podwody gospodarzy. Było z tym ciężko, bo chłopi, zwłaszcza Ukraińcy, nie chcieli jechać i często dopiero groźbą użycia broni zdobywało się furmankę. Ponieważ ja, gdy tylko poszedłem, zawsze zdobyłem podwodę, więc utarło się, że gdy tylko stawaliśmy na odpoczynek to dowódca kompanii wysyłał mnie i często było tak, że gdy wracałem, batalion ruszał w drogę i nawet jeść musiałem w marszu. W przodzie szły sowieckie czołgi, a my piechotą zdążaliśmy za nimi. Z żywnością też były kłopoty i zdarzało się, że przez dwie doby w kotłach była tylko kawa zbożowa. Na terenach polskich ludność częstowała nas chlebem i mlekiem, ale dostawały tylko pierwsze oddziały, bo szybko nie było we wsi nawet bochenka chleba.

Wisłę forsowaliśmy na przyczółek magnuszewski zdobyty przez gwardziejców Czujkowa. Zluzowaliśmy ich w okopach i staliśmy tam do połowy września. Po bitwie pod Studziankami na przyczółku stało trzy dywizje piechoty, brygada pancerna i brygada artylerii, a przed nami jedna dywizja wermachtu i dywizja Węgrów. Gdybyśmy w sierpniu o świcie uderzyli na niemców to już wieczorem bylibyśmy na Mokotowie, ale Stalin tego nie chciał. We wrześniu przerzucili nas na prawy brzeg Wisły. Kościuszkowcy zdobyli Pragę, a naszą dywizję rzucono do forsowania Wisły. Nasz 8 pułk o 15:00 19-go września forsował Wisłę pomiędzy mostem Poniatowskiego a żelaznym kolejowym. Szliśmy od parku Paderewskiego terenem, gdzie obecnie jest stadion X-lecia. Przeszedł 1-szy batalion i część 2-go. Biliśmy się do wieczora. Skończyła się amunicja i mało kto został żywy. Z kompanii wróciło po 2 - 4 ludzi. Po wszystkim z dwóch batalionów i pułkowych kompanii rusznic, fizylierów i ogniomiotów zostało z furmanami i kucharzami 114 ludzi.

Ja w tym czasie przeżyłem coś, czego nie da się rozumowo wytłumaczyć. Na dwa dni przed forsowaniem wypłacili nam zaległy żołd. Dostawałem wtedy 350 rubli. Zrzuciłem składkę na wódkę dla plutonu i poszedłem powłóczyć się, bo nie piłem. Staliśmy na kwaterach niedaleko placu Szembeka. Kościół był właściwie w surowym stanie, ale używanym. Wewnątrz zobaczyłem tablicę: Złóż ofiarę na

- 7 -

budowę kościoła, ale nie było pod nią puszki. Poszedłem do zakrystii gdzie zastałem księdza. Gdy dawałem mu resztę mojego żołdu był trochę zaskoczony. Chciał mi dać książeczkę i medalik, ale mu powiedziałem, że to mam, a pieniędzy nie potrzebuję, bo gdy pójdziemy do ataku mogę zginąć i pieniądze te przepadną, a tak przydadzą się na budowę. Ksiądz zapisał datek do księgi i powiedział, że pomodli się za mnie przy mszy św. Nazajutrz dowódca kompanii dał mi rozkaz pójścia do 2-go plutonu by zastąpić drużynowego, bo z jego drużyny zdezerterował żołnierz i drużynowy za karę poniesie rusznicę. Do tej pory nigdy nie odmówiłem wykonania rozkazu, a wtedy coś mnie zmusiło do uporu i powiedziałem, że w swoim plutonie mogę nieść rusznicę, a do 2-go nie pójdę. Dowódca powtórzył rozkaz, a ja powtórnie odmówiłem. W/g prawa dowódca mógł mnie postawić przed sądem polowym, a nawet zastrzelić na miejscu. Tymczasem następnego dnia, gdy forsowaliśmy Wisłę na naszych oczach w ponton, którym płynęła ta drużyna trafił pocisk i nikt z nich nie ocalał, a ja po wszystkim nawet nie byłem draśnięty tylko zupełnie mokry. Dowódca naszej kompanii też ocalał i nie dał mi spokoju skąd wiedziałem, że tam zginę. Był to Rosjanin nie wierzący w Boga i nie mógł tego zrozumieć. W październiku byłem już starszym sierżantem i pełniłem obowiązki zastępcy d-cy kompanii, która miała po uzupełnieniach stan plutonu.

W listopadzie, gdy front stał na Wiśle, zabrano nas sporo podoficerów, dano nam rekrutów, przeważnie żołnierzy AK i posłano jednych na t.zw. ochronę reformy, a ja trafiłem na powiat Biała Podlaska na zbieranie kontyngentów. W styczniu gdy front się ruszył poszliśmy na zachód. Sformowali z nas pułk aprowizacyjny. Zajmowaliśmy na Pomorzu za frontem majątki i obsiewali je pilnując. Te majątki, które objęliśmy ocalały dla Polski, natomiast majątki zajęte przez sowietów były rabowane i ogołocone ze wszystkiego, a ziemia nie obsiana. Pod koniec wojny stałem jakiś czas z plutonem pod Toruniem pilnując trzech majątków. Tam miałem awanturę z UB. Przyjechała do majątku komisja parcelacyjna i orzekli zebranym pracownikom, że muszą brać działki, a gdy jeden powiedział, że ma siedmioro dzieci to jak dadzą mu 7 ha a nie 3 to weźmie, to komisarz chciał go aresztować za wrogą propagandę. Nie pozwoliłem na to i poprostu wygnałem komisję, a gdy następnego dnia przyjechało UB, ich też wygnałem. Wkrótce po tym pułk zabrał mnie stamtąd.

Gdy nasze wojsko wycofywali z za Odry, zajęte przez nasze oddziały majątki niemieckie kazano nam ze wszystkim przekazywać sowietom, a tymczasem w Poznańskim i na Pomorzu sowieci opuszczali zupełnie zrabowane majątki. Nasze dowództwo wymyśliło obejście. Sformowali kilka grup po pięć studebakerów z sowieckimi kierowcami, do tego po pięcia żołnierzy i podoficer z naszego pułku. Mieliśmy papiery na przejazd, ale bez ładunku. Jechaliśmy za Odrę do majątku zajętego jeszcze przez nasze jednostki i ładowali rasowe bydło i trzodę chlewną. Potem kierowcy mieli tak jechać aby nie spotkać punktów kontrolnych, a oni znali te drogi. Za każdy kurs kierowca dostawał kanister okowity i wieprza na pięciu. Jeździłem z taką grupą kilka razy.

- 8 -

Kłopot był z kierowcami, bo na postojach spijali się do nieprzytomności i trzeba było ich budzić rano pod pompą zimną wodą, ale gdy taki pijak siadał do kabiny to jechał bez awarii.

W końcu maja przerzucili nas do Hrubieszowa i posyłali na południe opanowane przez UPA. Konwojowaliśmy zboże zebrane zimą w Bełzie i Zabużu pod Sokalem, a także jeździliśmy na pacyfikacje ukraińskich wsi. Po kilku awanturach z miejscowym UB i NKWD przerzucili nas na Kujawy do pomocy w majątkach przy zbiorze i omłotach. Pracowali żołnierze, a podoficerka robiła burdy z PPR-owcami i UB-kami. Prędko nas z tamtąd zabrali. Staliśmy w Bydgoszczy i okolicznych majątkach i demobilizowano pułk. Byłem wtedy przy sztabie pułku i po jego rozwiązaniu mnie i kilku pozostałych podoficerów przerzucili do Świecia do 46 pułku piechoty. Tam okazało się, że zbierali z pozostałych w wojsku bataliony i wysyłali je na partyzantkę w białostockie. Zebrało się 11 podoficerów którzy nie mieli chęci walczyć z polską partyzantką. Mnie gdy oficer w pułku wypisywał papiery na przeniesienie, wpisał rocznik 20 i to mnie uratowało. Zrobiliśmy dosłowny strajk - leżeliśmy na podoficerskiej sali na pryczach i nie wychodziliśmy na zbiórki. Dowódcy batalionu i pułku i szef sztabu robili nam awantury, a myśmy tylko powtarzali: „rozkaz ministerstwa obrony mówi, że nasze roczniki podlegają demobilizacji”. W końcu nas zdemobilizowali, tylko nie dostaliśmy odprawy, bo płatnik powiedział, że nie ma pieniędzy. Był 2 luty 1946 roku i niedługo kończyłem 20 lat.

Tymczasem nasze rodziny z Kozulskiego rejonu Krasnojarskiego Kraju w 1944 r. przewieźli na Ukrainę pod Zaporoże i posłano do pracy przy usuwaniu śladów wojny i uprawie pól. Nasze kobiety i dzieci pracowały tam razem z brygadą jeńców niemieckich i grupą chłopców Polaków połapanych z ulic z Poznańskiego i Pomorza. Za pracę dostawali trochę chleba i miskę barszczu dziennie, a praca była od ciemna do ciemna. Tam też zmarło więcej naszych niż na Syberii. Tam m.in. wymarła prawie cała rodzina państwa Łazowskich - ziemian z Nowogródczyzny. Dopiero w marcu 1946 roku przewieźli ich do Opola i tam odnalazłem i matkę.

Wrócić muszę kilka lat wstecz. Aresztowanych wiosną 1941 roku, przewiezionych do Mińska, trzymali w śledztwie do wybuchu wojny z Niemcami. Gdy niemcy zbliżali się do Mińska, bombardowanego przy tym przez nich, NKWD wypędziło wszystkich z więzień i aresztów i grupami po ok. 1500 ludzi pędzili na wschód. Wszystkich odstających, a także za dobrze wyglądających konwojenci strzelali. Moja siostra i czterech jej kolegów gimnazjalnych, pomagając sobie nawzajem doszli do Ihumenia i tam ich grupę wpędzili do więzienia. Pozostałych wypędzili do lasu i wystrzelali. Gdy Niemcy bombardowali Ihumeń, straż więzienna uciekła, a ludność miejscowa otworzyła cele. Część uciekinierów wyłapało NKWD i wystrzelało, a Siostra z jej kolegami szczęśliwie przedostali się do Nowogródka. Tam zaopiekowała się Siostrą pani Czarnowska z Worończy, przyjaciółka mojej Matki. Z nią mieszkało wtedy jej dwóch synów i matka - pani Lubańska,

- 9 -

właścicielka Worończy. Ponieważ po krótkim czasie niemcy zaczęli wyłapywać w mieście młodych ludzi i wywozić na roboty do Niemiec, więc Józef Czarnowski przeniósł się z rodziną z Nowogródka do Worończy, administrując tym majątkiem. Tamte leśne tereny były opanowane przez partyzantkę sowiecką i początkowo stosunki z nimi układały się poprawnie. Na początku 1943 roku miejscowi partyzanci ostrzegli Czarnowskich, że ich z tego terenu zabierają, a przyjdą na ich miejsce tacy, którzy nie będą im przychylni. No i zaczęły się rabunki, wjeżdżanie konno do dworu i niszczenie wszystkiego. Tymczasem moja Siostra w 1942 roku wyszła za mąż za Józefa Czarnowskiego i wiosną 1943 r. była w zaawansowanej ciąży. Czarnowscy chcieli przenieść się do Nowogródka i nie zdążyli. Nocą z 30 kwietnia na 1 maja przyszli partyzanci, wypędzili z domu służącą, która mi to opowiadała, i ukrywającą się u Czarnowskich Żydówkę, po czym zamordowali panią Lubanską, panią Czarnowską, Józefa i moją siostrę Jadwigę i spalili dwór. Pozostawili przy życiu tylko ślepego Antoniego Czarnowskiego gdyż orzekli że „on ślepy to i sam zdechnie”.

Tak ginęli w tamtych stronach resztki Ziemian, Szlachta zaściankowa, nauczyciele i inni Polacy. Było to „oczyszczanie terenu z wrogich elementów”. W czasie wojny sowiecka partyzantka nie walczyła z niemcami tylko „oczyszczała teren”.

Wracając do roku 1946. Po wojnie powstały PNZ-y obejmujące administracją majątki ziemskie. Do pracy administracyjnej w nich zgłosili się masowo wyzuci z majątków Ziemianie. M.in. w okolicy Lęborka administrował majątkiem brat stryjeczny mojej matki - Wacław Hulewicz, a niedaleko od niego inny krewniak Fred Piwnicki. Gdy odnalazłem Matke w Opolu, przewiozłem Ją do nich, a sam szukałem gospodarstwa. Nie chciałem pracować w PNZ-ach, bo uważałem, że jest to za duże skupisko Ziemian jak na owe czasy. I dobrze zrobiłem, bo niedługo po tym zaczęły się aresztowania na „tle gospodarczym”. Objąłem gospodarstwo na Żuławach Gdańskich. To samo zrobił młody Piwnicki po „przyjemności” rozmów z UB.

Zająłem gospodarstwo zupełnie zalane wodą, bo niemcy chroniąc się na Bonzaku wysadzili wały i zalali depresyjne pola. Czasami nie było co jeść. Ratowały nas dzikie kaczki i ryby. Nieliczne pola nie zalane we wsi, wiosną 46 roku podzielili pomiędzy wszystkich gospodarzy, ale nastała plaga myszy i prawie nic nie zostało z plonów. Zasiałem 50 kg pszenicy, a omłóciłem 75 kg. Dopiero jesienią naprawili pompy i spompowali wodę z pól, które tymczasem zarosły trzciną i szuwarami. Dostałem konia z UNRRy ale musiałem sprzęgać się z sąsiadem, bo tej ciężkiej roli jeden nie mógł orać. Wiosną 1947 roku przysłali do orki nieużytków ciągniki i jesienią już zebrałem ładny plon, bo urodzaje były nadzwyczajne.

Latem 1947 roku wrócił z Anglii mój Ojciec i od jesieni zaczął pracować jako nauczyciel w Liceum Ogrodniczym w Pruszczu Gdańskim. Namówił mnie do zapisania się do Liceum. Ponieważ Rodzice przenieśli się do Pruszcza, pozostałem sam na gospodarstwie i musiałem wybierać matura lub gospodarstwo no i

- 10 -

wiosną 1948 roku zdałem gospodarkę, a jesienią 1949 roku zdałem maturę.

W międzyczasie już w. 1948 roku zaczęła się na Żuławach, nagonka do kolektywizacji. Żuławy zaludniali wówczas gospodarze ze Wschodu i uciekinierzy z Centralnej Polski, dawni partyzanci. Większość była wrogo nastawiona do poczynań władz. Podziemie po AK-owskie było rozbite, ale pozostali ludzie. Założyliśmy organizację. Byłem jednym z dowódców grup. Zastraszaliśmy anonimami działaczy dążących do kolektywizacji i w różny sposób szerzyliśmy propagandę antysowiecką. Dla nadania rozgłosu wysadziłem pomnik wdzięczności dla armii sowieckiej w Gdańsku. Zostałem w krótkim czasie wydany i aresztowany krótko po maturze. Siedziało nas z grupy tylko dwóch. UB nadało nam nazwę „Sprzysiężenie”. Dostałem wyrokiem wojskowego sądu rejonowego w Gdańsku 15 lat. Przesiedziałem w więzieniach w Gdańsku, Wronkach, Rawiczu i Potulicach oraz w OP Bielawy w kamieniołomach prawie sześć lat.

Tymczasem mego Ojca zwolnili z pracy i zapowiedzieli mu, że na terenie województwa gdańskiego nie dostanie pracy. Rodzice przenieśli się do Bydgoszczy, potem do Skierniewic i Brwinowa, gdzie Ojciec był dyrektorem gospodarstwa SGGW. Tam po zwolnieniu pojechałem. Zacząłem pracować w Zieleni Miejskiej w Warszawie jako robotnik, aby nie mieć do czynienia z personalnym. Szybko awansowałem na ogrodnika. Jesienią z wielkimi trudnościami dostałem się na Zaoczne Studia Rolnicze na SGGW. W międzyczasie ożeniłem się z koleżanką z Liceum. W 1958 roku rozpocząłem pracę jako instruktor przysposobienia rolniczego w powiecie Wołomińskim, ale w krótkim czasie orzeczono, że z moją przeszłością nie mogę zajmować się młodzieżą i zostałem agronomem.

Ojciec mój tymczasem został przeniesiony do Białowieży na kierownika rezerwatu żubrów dla zaprowadzenia porządku w ich hodowli. No i zostałem bez mieszkania. Ponieważ nie było mowy o dostaniu jakiegokolwiek mieszkania, więc Żona z córeczką zamieszkała z Rodzicami w Białowieży, a ja kątem w Brwinowie. No i postanowiłem pobudować sobie dom. Brałem po godzinach prace ogrodnicze, w czasie urlopu ciąłem drzewa owocowe w sadach Grójeckich, zebrałem trochę pieniędzy, kupiłem od chłopa za Tłuszczem morgę wydmy piaszczystej i zaciąłem budowę. Wszyscy uważali mnie za wariata. Nawet Ojciec kręcił mi kółko na czole. Ale ja szedłem przez życie w/g zasady głoszonej przez Marszałka Piłsudskiego - jeśli chcesz dojść do celu to wszelkie przeszkody uważaj za niebyłe. No i postawiłem domek, a z czasem na wydmie miałem ogród warzywny i sad. W 1967 roku przeszedłem do pracy w POM Tłuszcz i prowadziłem Międzykółkową Bazę maszynową. Uczyłem tamtejszych rolników używania maszyn i ciągników, uprawy i nawożenia oraz stosowania środków ochrony roślin.

W styczniu 1973 roku przyjechał do mnie sekretarz rolny KP w Wołominie i zabrał do sąsiedniego PGR-u, gdzie już od dwóch miesięcy nie było dyrektora, bo ostatni uciekł. Był to najgorszy w Zjednoczeniu Warszawskim PGR. Poszczególni dyrektorzy nie wytrzymywali tam dłużej jak trzy lata. W trzy dni przenieśli mnie na stanowisko dyrektora, a wprowadzający mnie sekretarz rolny powiedział załodze, że „dajemy wam na dyrektora Ścibora, a jak i on z wami nie poradzi to

- 11 -

rozwiążemy PGR”. Na początku ja bezpartyjny wywaliłem z pracy szereg aktywistów partyjnych, którzy nic nie robiąc, wyłączając kradzieże, brali najwyższe pensje i na to zgodził się KP. No i po trzech łatach miałem takie zyski jakie przedtym były straty. Wyremontowałem i pobudowałem nowe budynki własną grupą budowlaną i w 1976 roku konkurowałem w plonach z najlepszymi PGR-ami. Przepracowałem tam 11 lat i przeszedłem na rentę inwalidzką z powodu choroby serca.

W 1989 roku przeczytałem w „Spotkaniach z zabytkami” o postawieniu dworu i parku w Krzesku na sprzedaż. Krzesk oglądałem po wojnie pierwszy raz w 1956 roku po wyjściu z więzienia, ale po cichu, bo jeszcze wtedy obowiązywało zarządzenie, że właściciele i ich rodziny nie mają prawa pobytu na terenie powiatu, a we dworze wówczas była Gromadzka Rada i posterunek MO. Postanowiłem starać się kupić Krzesk. Sprzedawała wówczas Gmina, ale pieniądze za sprzedaż musiała odprowadzić do Konserwatora wojewódzkiego, więc oprócz kłopotów nic z tego nie miała. W/g ustawy z 1985 roku cena miała być obniżona obligatoryjnie o 50%, a instytucja sprzedająca mogła ją obniżyć do symbolicznej złotówki. Mnie sprzyjała Naczelnik gminy i Rada Gminna i oszacowali mi tak, że dwór kosztował mnie w 1989 roku 1050 dolarów, które mi dała na to krewna Żony, bo sam jak zwykle porwałem się na to bez pieniędzy. Wiosną 1990 roku zostałem już rejentalnym właścicielem Dworu, w którym przeżyły trzy pokolenia Marchockich. Od tego czasu powoli remontuję dwór i odnawiam park. Idzie mi to bardzo powoli, bo nie myślałam, że dwór był aż tak zniszczony. Chcę odrestaurować cały obiekt żeby mógł przetrwać następne lata i być wzorem szlacheckiego dworu z jego kulturą i zaludnieniem rezydentami jako rodzinny dom spokojnej starości. Czasy się diametralnie zmieniły, nasza epoka odeszła, gasną stare Rody rozproszone po świecie ale niech coś po nich trwałego zostanie.